28 lipca, 30 tydzień 2079 roku, Piątek.
Wybuch. Cisza. Ogłuszenie na chwilę zaćmiło moje zmysły. Przez pył ledwo dostrzegam opadające gruzy i miotających się z bólu, poranionych odłamkami metalu żołnierzy. Siedzę. Plecy samoistnie przywarły z całej siły do betonowej ściany. Pewnie jednej z niewielu ścian, które ocalały. Siedzę. Jestem cały. Patrzę na swój mundur. Jestem żołnierzem. W ręku trzymam olbrzymi karabin. Dopiero po chwili orientuję się ile to żelastwo dokładnie waży.
Raportowanie: 009 właśnie „wszedł” w środek akcji. Pozostali stabilni. Niewielkie oznaki amnezji. Czasami nie pamięta się wydarzeń tuż sprzed wejścia, dopóki nie minie pierwszy szok i dezorientacja. Ocena pozytywna. Kontynuujemy.
Zaczynam odzyskiwać trzeźwość umysłu. Chyba czas się ruszyć i uciekać. Rozglądam się dookoła. Jeszcze nikogo nie rozpoznaję, ale zauważam, że wołają Dziewiątka i machają na mnie. Śmieszne. Jestem „jednostką”. Na dodatek mam swój numer. Jednostka numer 9.
W porządku, przyjmuję do wiadomości. Wstaję, biegnę, dołączam do pozostałych. Biegniemy szarym, zakurzonym od pyłu korytarzem. Kilka kroków w przód urwało podłogę, skaczemy w dół, dwóch zostaje z tyłu, chwytam za rękę tego większego. Drugi zostaje. Mam przeczucie, że to dowódca. On już nie zdąża. Wyratował swoich, uchronił kilkanaście ocalałych jednostek i sam poległ od strzałów wroga. Kim jest wróg? Nic jeszcze nie pamiętam. Wiem tylko, że ci tutaj to moi. Zeskoczyliśmy jeszcze niżej, wybiegamy z budynku. Dookoła widać rozwalone wojskowe samochody.
– Tutaj! – jeden z naszych wskazuje drogę. Skaczemy, skaczemy na kilka metrów pod most, a może pod jakiś wiadukt. Upadam. Ziemia okazuje się wyjątkowo twarda. Poczułem chrzęst w prawym barku. „To nic” podpowiada mi instynkt samozachowawczy. Jestem praworęczny, tak, prawą ręką trzymam karabin, podtrzymuję lewą. Wstaję i biegnę za innymi. Ostatni obrót głowy za siebie. Zeskoczyliśmy z olbrzymiej platformy pojazdu przypominającego ciężarówkę z jedną kondygnacją. Teraz widzę – pył nieco opadł, jest piękny, słoneczny i prawie bezchmurny dzień, południe, może lekko po południu, ale słońce nadal w zenicie. Ciężarówka stoi rozerwana z jednej strony od wybuchu, który tak mnie ogłuszył. Była wielkości średniego 2-piętrowego budynku mieszkalnego. W zasadzie to nie była wcale ciężarówka, tylko ogromny wojskowy transportowiec. Biegniemy za jakiś betonowy mur. Kryjemy się za ścianą. W tym momencie zauważam, że jesteśmy w mieście. A więc była to jakaś tajna misja. Ci, których przewoziliśmy, zdołali jakimś cudem wnieść na platformę pojazdu ładunek wybuchowy o dużej sile rażenia i zdetonować go podczas transportu. Ale co my właściwie transportowaliśmy?
Chwilę potem coraz więcej szczegółów wraca mi do głowy. Pozostali żołnierze są chyba tak samo zdezorientowani jak ja. Widzę to po ich twarzach. Bez dowódcy każdego dopada panika. Byliśmy tylko jednostkami. Garstka pozostała z całego oddziału. Musimy się trzymać razem, to akurat każdy wie. Przyglądam się im, są młodzi, dobrze zbudowani, silni, ale w tym momencie widocznie zmęczeni walką i ucieczką. Czerwone twarze, pot na skroniach. Odwracam głowę od moich współtowarzyszy. Nikt inny zdaje się nie zauważać naszego wkroczenia na ten teren. Stoimy właściwie na trawniku. Ludzie idący nieopodal chodnikiem nie przerwali swojej codziennej gonitwy. Podążają do lub z pracy? Spacerują z dziećmi w wózkach, jadą na rowerach, idą, biegną i nie oglądają się na nas. Nikt nawet nie spojrzy. Nikt się nie zatrzyma. Widzę, że moi żołnierze opadli z sił i podtrzymują mur chowając się w jedynym cieniu w okolicy. Jest gorąco, upalnie, skwar i duchota zaczynają mi przeszkadzać w tym pełnym mundurze. Niektórzy z moich współtowarzyszy rzucili broń i usiedli by odsapnąć. Czuję, że to nie koniec problemów. Musimy się stąd wydostać, musimy się jakoś przemieścić dalej. Do bazy. Jakiej bazy??
Myśl, myśl – nakazuję sam sobie. Odwracam w końcu głowę od całkowicie obojętnych przechodniów. Łapię za kamizelkę kuloodporną pierwszego z najbliżej siedzących żołnierzy i pytam: „ Co my tu u diabła robimy?!”
Zdziwienie w jego oczach mówi samo za siebie. Spoglądam na mundur. Znajduję nieśmiertelnik – Jednostka nr. 11. Żadnego nazwiska, żadnych liczb, dat, nic. Reszta podnosi na nas głowy. Widzę, że są tak samo zdezorientowani jak ja i tak samo zdziwieni jak 11.
– Misja…– zaczyna nieśmiało smukły blondyn.
– Jaka misja?! – drę się na całe gardło z nieskrywaną irytacją w głosie. Nie pamiętam nic, i czuję, że nie panuję przez to nad nerwami.
– Dziewięć, ochłoń, byłeś tuż przy drzwiach, musiało Cię mocno walnąć. – Trójka kładzie mi rękę na ramieniu w uspokajającym geście. Zrzucam ją wrogo patrząc mu w oczy.
– Dokąd? – moją uwagę odwraca podsłuchana właśnie rozmowa dwóch siedzących najdalej.
– Pięć, Siedem! Do mnie! – Zaskakuję samego siebie, w tym momencie już całkowicie przejmuję osobowość żołnierza i zaczynam się z nim identyfikować. Dwaj pod ścianą spoglądają na siebie, pośpiesznie zbierają broń z ziemi i podbiegają te kilkanaście metrów do nas. Już wiem, że ja i Trójka byliśmy najważniejsi zaraz po dowódcy. Wydaje mi się, że Pięć i Siedem nie są oddani sprawie tak jak powinni. Czuję, że to nie jest ich pierwsza próba dezercji. Nie wiem tylko czemu w takim razie nadal są w moim oddziale, ani z jakiego powodu chcieliby teraz uciec, pozostawiając resztę, skoro wszyscy jesteśmy w tak samo beznadziejnej sytuacji? I dokąd uciec, jak nie wiadomo nawet gdzie się znajdujemy?
Siedem pierwszy zabiera głos:
– Dziewięć, chyba spaliliśmy…
Nie daje mu dokończyć i zaczynam mocnym, zdecydowanym głosem kapitana:
– Ja się teraz pytam dokąd to wam się tak śpieszy?
– Coś jest nie tak, powinni nas już odłączyć – dopowiada Piątka.
Odłączyć? Kolejna porcja informacji wprost namacalnie spływa na moje skronie. Widzę początek ćwiczeń przed oczami. Przypomina mi się, że to tylko ćwiczenia. Wrzucili nas do wirtualnej rzeczywistości. Czy to dlatego zmiażdżony prawy bark mi wcale nie przeszkadza? A na twarzach zranionych żołnierzy nie widnieje nawet grymas bólu, jedynie cień zmęczenia, a może rezygnacji? A więc to tylko symulacja.
Coraz więcej zaczynam rozumieć i kojarzyć. Zwracam się do Siedem i Pięć patrząc raz na jednego, raz na drugiego. To wcale nie dezerterzy, jednak coś z tyłu głowy nie pozwala mi im zaufać.
– Co planowaliście? – pytam nadal trochę podejrzliwie.
– Musimy znaleźć jakieś wyjście ewakuacyjne. – podejmuje spokojnie Pięć.
– Bez zakończonej pomyślnie misji, lub śmierci podczas walki, nie ma możliwości powrotu z ćwiczeń. Tak został zaprogramowany system. – kończy Siedem.
Zaczynam szybciej myśleć, już wiem, że mamy kłopot. To dlatego cywile nie zwracają na nas uwagi. Dopóki nie wchodzimy w ich strefę i nie strzelamy do nich, to program każe im podążać wyznaczonym torem.
Spoglądam na własne ręce. Jakie to rzeczywiste, wszystko wydaje się takie realne. Patrzę w oczy Trójce. To wysoki, dobrze zbudowany, umięśniony i mocno ciemnoskóry Afroamerykanin. Wzrusza ramionami w tym samym momencie kiedy przenoszę wzrok na Siedem. On tu jest od myślenia. Przypominam sobie, że to nasz technik. W rzeczywistości nosi śmieszne okularki i nieco dłuższe włosy. Jego jasne, szczere spojrzenie także nie jest w stanie wskazać mi właściwej drogi wyjścia.
– To może powybijamy się nawzajem? – rzuca gdzieś z boku niezauważany dotąd przeze mnie Czwórka. Parzyści mają zdecydowanie niższy poziom inteligencji. To też już zdążyłem zauważyć.
Ogarniam wzrokiem resztę ocalałych. Brakuje Dwójki i Dziesiątki. Szóstka i Ósemka spoglądają na nas spod ściany muru, paląc spokojnie całkiem niezłe sztuki papierosów. Lekko zdumiony zadaję sobie pytanie – To tu też się da zaciągnąć? Ciekawe co jeszcze się da… Moje myśli na chwilę błądzą w rejonach ukojenia samotności… Szybko się opanowuje. Patrzę na nich chwilę dłużej i przecieram oczy, bo chyba mi się dwoi, ale wyglądają identycznie… Bliźniacy?
– Nie możemy – Odzywa się Piątka – za zabicie swoich grozi kwarantanna. A za samobójstwo nie pozwolą Ci już nigdy wejść do systemu. – Piątka przypomina nam trzeci i czwarty punkt regulaminu.
– Musimy znaleźć wyjście ewakuacyjne, program przewiduje takie na każdej misji. – Siedem kontynuuje.
– Ile mamy możliwości? – pytam go, bo jeszcze tego nie wiem.
– Jedno, maksimum dwa wyjścia są standardem. – odpowiada Siedem.
– Dobra, w takim razie ruszamy ich poszukać. – decyduję zbyt pewnie i pochopnie.
– To nie takie proste – zatrzymuje mnie Trójka – nic nie wiemy o tej płaszczyźnie. Nikt z nas nie pamięta celu misji. Ty też nie, prawda? – patrzy na mnie przenikliwym wzrokiem, a krzywy uśmiech, który zaczyna wykręcać mu usta, zdradza, że dokładnie wie, co się przed chwilą działo w moim umyśle.
– Coś poszło nie tak. – podsumowuję – To już ustaliliśmy. Wiemy też, że utknęliśmy. Nic mi więcej nie przychodzi do głowy.
– Hahaha, dobrze, że się przynamniej możemy ze sobą dogadać – Czwórka nie pierwszy raz działa mi na nerwy, bo czuję jak ręka automatycznie zaciska mi się coraz ciaśniej w pięść.
Czwórka nie zważając na mnie, leży bokiem na ziemi i szarpiąc trawę, wesoło kontynuuje:
– Pamiętam jak na jednej misji zaszczepili nam do mózgów Hongkong. Każdemu wgrali inny język. Ze dwa dni próbowaliśmy wyjść, a znalezienie żółtka tłumacza było jedynym wyjściem. Haha, ciekawe co tym razem przygotowali. – a więc on jednak coś pamięta.
Podchodzę do Czwórki w dwóch krokach, chwytam za mundur i podnoszę z ziemi.
– To jak Ci tak wesoło, to może nam zdradzisz co wiesz? Jak się stąd wydostaniemy? – znów ledwo powstrzymuję się przed krzykiem.
Czwórce dalej nie schodzi z ust ten debilny uśmiech:
– Nie wiem, skąd mam wiedzieć? Zresztą to wy tu jesteście od myślenia. – Patrzy na mnie, potem wskazuje na Trójkę i Siedem.
Miałem rację, parzyści tylko strzelają. Przypominam sobie, że w akcji są naszą żywą tarczą, a w razie potrzeby giną pierwsi. Znów pamięć wraca, ale jak zza mgły. Ok, puszczam go i zwracam się do Trójki:
– Musimy się ruszyć. Ten obszar jest całkowicie neutralny – wskazuję na ulicę, osiedle, i park wokół nas. Oaza spokoju miejskiego życia. Standardowa okolica cywilów. Pięciu pozostałych siedzących na ziemi pod murem nagle znika. To nie był mój oddział, ale zdziwienie w moich oczach pozwala Siódemce na wyjaśnienia:
– Najwidoczniej reszta ich oddziału już znalazła wyjście ewakuacyjne.
Rozglądam się dookoła. Zostało nas ośmiu. Jesteśmy więc zdani tylko na siebie. Teraz już pamiętam:
Jedynka – to nasz młody lekarz, Wietnamczyk. Nam Lee.
Trójka – silny murzyn, mój partner i najstarszy żołnierz oddziału, porucznik Ron Martin.
Piątka to specjalista od wybuchów – powodowania wybuchów – jak widać, bo już po wybuchu jest zupełnie nieprzydatny, pirotechnik Bart Godwin.
Siedem to nasz informatyk, spec od cyber włamań i hakowania wszystkiego co ma podłączenie do sieci, Jeffrey Styles.
Dziewiątka, to ja, ja… głowa mnie za bardzo boli z wysiłku, nie pamiętam swojego imienia.
Czwórka – debil z głupimi pomysłami, rosły Norweg, z postury wiking, ah, to przecież Matt Bjølhem.
Szóstka i Ósemka – Bliźniacy! No tak, Stanley i Henry Denver. Dwaj palacze, bardzo silni, ich zadanie to niszczenie bez myślenia wszystkiego co stoi oddziałowi na przeszkodzie, ok – z zadowoleniem stwierdzam, że zaczyna mi się w głowie już lekko rozjaśniać.
– Wróćmy do ciężarówki. – Pięć przerywa moje wspomnienia.
– Na pewno nie, skoro udało nam się uciec – stwierdza Trzy – to trzeba szukać punktu ewakuacji gdzie indziej.
– Skąd wiecie, że nasza misja jest skończona? – zauważa Siedem.
Nie brałem tego pod uwagę, ale faktycznie musiał nastąpić jakiś błąd systemu, albo nie zdążyli nam wgrać misji, a może jakiś wirus spowodował wybuch na ciężarówce.
– Musimy się dowiedzieć dokąd miała nas dowieść ciężarówka. Tak czy inaczej trzeba będzie do niej wrócić. – Jedynka wreszcie odzyskał trzeźwość umysłu. W tym momencie przypomina mi się kim jest nasz lekarz. Bardzo młody, ale wybrali go spośród studentów wojskowej medycyny, bo oprócz najlepszych wyników na uniwerku, miał także ponadprzeciętną umiejętność szycia i tamowania krwotoków, w super krótkim czasie, którego nie powstydziłby się nawet praktykujący profesor.
Skup się, skup – przywołuję się do porządku, bo znów odbiegam myślami. Czasu mamy niewiele, bo mogą się zjawić wrogie oddziały, poza tym w systemie noc potrafi trwać kilka dni. Pamiętaj, wykorzystaj dzień! Patrzę na Trzy. On mi ustępuje – zatem ja zostaję dowódcą i muszę zdecydować co dalej.
– Idziemy! – pokazuję ręką kierunek z którego tu przybiegliśmy – Wracamy, szukajcie map, wskazówek, obejrzyjcie wszystko dokładnie, a Ty Siedem przeszukaj komputer pokładowy, o ile go nie wysadziło z całą resztą. Bez zbędnego gadania pobiegliśmy z powrotem na wrak.
Przeorana platforma ciężarówki stała w tym samym miejscu, teraz widzę, że stoi nie tylko na moście, ale i na skrzyżowaniu dwóch ulic. Otoczona jest z prawej strony tym samym murem, za którym przed chwilą staliśmy, a od drugiej strony typowym otoczeniem cywilnym. Park, dzieci, psy, drzewa, słońce i białe chmury po lewej. Stworzyli niesamowicie realistyczny świat. Trochę jestem zdumiony, trochę przez dłuższą chwilę podziwiam, ponieważ tak bardzo przypomina rzeczywistość.
– Wchodzimy! – krzyczę do pozostałych, w zasadzie robię to co dowódcy – nakazy zazwyczaj przekazują nam jednym krzykiem i znanym wszystkim gestem. Każdy wiedział czym się zająć. Dziecinnie proste.
Ja też bardzo chciałem znaleźć dowódcę. Nic z tego. Martwi znikają, gdy tylko wyjdą z systemu. Czyli po jakiś 2 minutach od wirtualnej śmierci. 2 minuty w systemie to jak 2 sekundy w rzeczywistości. Jeżeli więc jesteśmy tu od jakiejś pół godziny, to nasze ciała leżą w fotelach w laboratorium niecałe 30 sekund. Załoga laboratorium na pewno się jeszcze nie zorientowała, że mamy problem. To znaczy wiedzą, że coś poszło nie tak, skoro Dwa i Dziesięć tak szybko wrócili, ale nie są jeszcze świadomi naszej sytuacji. Program wysyła raporty raz na dwie minuty. Czyli po 2 godzinach naszego czasu, będą nam mogli dosłać wskazówkę, jak się stąd wydostać. Program szkolenia nigdy nie przewidzi wszystkich błędów, a tym bardziej możliwości dostania się przypadkowych wirusów.
– Nic – krzyczy ktoś, kto już zlustrował zgliszcza kontenerów.
– Nic – zaczynają po kolei meldować mi pozostali żołnierze.
– Nic nie ma – wołają do mnie Cztery, Sześć i Osiem.
– Nic, oprócz resztek cegły z wraku na platformie ciężarówki – Siedem i Pięć też nic nie znaleźli.
Utknęliśmy.
– Dlaczego mówimy do siebie numerami? – pytam wyrwany z zamyślenia i wędrówki do laboratorium, w którym wciąż leżą podłączone do aparatury nasze ciała.
– Widocznie tak było prościej dla systemu. Wszystko uproszczają. Wchodzimy w swoje numery i jesteśmy. To program uniwersalny dla całego wojska. W każdej 12 osobowej jednostce (11 żołnierzy i dowódca) są inne imiona. Żadnemu informatykowi nie chciałoby się tego, przed każdą symulacją misji, od nowa programować. Prosty standard. – Wyjaśnienia Siedem nie wymagają dalszego komentarza.
Mikrosekunda, tracę wzrok i momentalnie czuję wrzut z powrotem w moje ciało.
Widzę dookoła siebie, że reszta też już dotarła. Próbuję wstać z fotela, ale jakaś ręka w białym fartuchu mnie zatrzymuje.
– Bart znalazł ewakuację. Była w ciężarówce. – informuje mnie kobieta w białym fartuchu i kontynuuje, zdejmując ze mnie elektrody – Za szybko wróciliście. Przecież dostarczyliśmy Wam misję w momencie wejścia. – Nie wiem czy tłumaczy mnie czy samą siebie? Z wyrazu jej twarzy mogę wyczytać jedynie lekkie roztargnienie.
Trzy/Ron wstaje z fotela – Dan, na dziś mam dosyć. Idę się odlać.
Dan? Tak widocznie się nazywam, ale właśnie powoli tracę czucie od stóp w górę ciała. Znów jestem zdezorientowany i to wciąż nie jest realne…
***
Kręciło mu się w głowie, jakby co chwilę tracił i odzyskiwał przytomność. Słyszał i odczuwał wokół siebie krzątaninę. Jarzeniówki bardzo mocnych lamp raziły go, niemalże całkowicie oślepiając przy próbie złapania ostrości widzenia. Przymknął ponownie powieki.
– Walcz! Walcz!! – to ostatnie słowa, które Dan usłyszał zanim stracił przytomność. Wiedział, że należały do kobiety, której najwidoczniej zależało, aby przeżył, a przynajmniej pozostał przytomny, ale odpływał i nie miał wystarczająco dużo siły woli, by pozostać nawet troszeczkę przytomnym.
– Skutki deprywacji sensorycznej, nic mu nie będzie – doktor Elaine postawiła szybką diagnozę, a właściwie wytłumaczyła pozostałym co mogło zajść, choć dobrze wiedziała, że to była nieprawda. Za długo przebywali w symulacji na uszkodzonej misji.
Replikation Feniks.
Symulacja nr 15 „Ciężarówka w mieście”
Cel misji: bezpieczne dostarczenie ładunku do bazy
Zmienne dodatkowe: brak ofiar w cywilach
Import danych: 99,9%
Pamięć scalona: margines błędu <0,1%
Gotowość nanobotów: pełna
Przydatność szkoleniowa: niska – grupowa misja testowa
Jakość danych: bez wykrytych błędów krytycznych
Status: zakończono bez sukcesu.
Wytyczne: Powtórzyć zgodnie z protokołem.
Projekt Feniks.
Operacja Kassandra.
Prolog





