Agnieszka Denis

Najtańszy bezfirmowiec, papier z wytłoczeniami 3D i nierozwikłane do dzisiaj noce spędzone z księgowym – czyli historia krótka o tym, jak to się wszystko zaczęło i dlaczego dla Was piszę…

Agnieszka Denis

W moim życiu były różne etapy. Każdy jednak miał ten sam motyw przewodni – od urodzenia byłam uzależniona w pewien sposób od zarywania nocy.

Jedni mówią na to ADHD, inni zdiagnozują bezsenność, ale mi po prostu ciągle było mało, a koncepcja marnowania nocy na jakiś sen zupełnie do mnie nie przemawiała. Usłyszałam kiedyś „wyśpimy się po śmierci” – o tak, temu mogłabym przyklasnąć.

Zaczynając więc od samego początku:

W etapie niemowlęcym zarywałam noce głównie na kolki, bóle brzuszka i ogólne niewygody, jakie sobie tylko można wyobrazić, zwłaszcza niewygody leżenia w mokrych pieluchach, dodatkowo z brakiem pełnego zrozumienia ze strony dorosłego otoczenia.

W podstawówce zarywałam noce na zabawy w rzucanie się skarpetkami z bratem. Chcąc Wam zdradzić więcej szczegółów musiałabym powiedzieć, że wyglądało to mniej więcej tak:

– skarpetki były zwinięte w kulki, my na dwóch łóżkach pod ścianą po przeciwnymi stronach pokoju. Jak się po ciemku za mocno przywaliło w twarz, to czasem nawet bolało, ale radocha była nie do opisania. Oczywiście dla nas, bo nie dla rodziców, akurat dla nich to było utrapienie w niemożności położenia nas w końcu spać.

W gimnazjum zarywałam noce na nauce, no bo klasówki, sprawdziany trzeba zaliczyć, egzaminy zdać, wygrać konkursy recytatorskie, fotograficzne, matematyczne i wszelkie inne możliwe zwyciężyć, a przynajmniej zdobyć dyplom finalisty i jakiś kalkulator czy zapas rolek kliszy do aparatu na rok. Kodak Gold za 1 miejsce, Fuji Color za 2, a za trzecie zawsze był jakiś tam chiński badziew, najtańszy bezfirmowiec, no ale podium było, więc babcia z wnusi dumna. Na koniec gimnazjum oczywiście zarywanie nocy było w jednym tylko celu – by nie narobić wstydu rodzicom i dostać się do dobrego liceum.

W liceum, ach w liceum to w sumie dopiero zaczęło się prawdziwe życie. Oczywiście dalej zarywałam noce na nauce, ale dodatkowo pojawił się nowy powód do niespania, a mianowicie bywanie i błyszczenie na imprezach: urodziny, osiemnastki, sylwestry, andrzejki, kluby, domówki, majówki, czerwcówki a nawet pierwsze parapetówki. Oblewanie zdanych prawek jazdy, kolejne wyjazdy, a to pod namiot, a to na mazurki, na łódki, wypady na ogniska w lesie, nocowanie po przyjaciółkach i ogólnie fun.

Na studiach… dalej zarywałam noce na nauce i również kontynuowałam zarywanie nocy na poczet dobrych wspomnień, lub już wtedy również czasem ich braku, po zbyt dużej dawce napojów wyskokowych.

Imprezy w klubach, barach, pubach, w akademikach, na przystankach autobusowych, szczególnie w zimie gdy wywiezieni na ostatni przystanek, a raczej pętlę postojową, bez kursu powrotnego sterczeliśmy na bezludziu aż do 5:35.

Studia trwały długo, w moim przypadku chyba łącznie z 7 lat? W sumie 3 kierunki zaczęłam, 2 skończyłam, jeden dyplom obroniłam 🙂 Pewnie, że było warto, i wcale nie dla zarwanych nocy, ale dla wspomnień na całe życie. Podczas tych siedmiu lat nie tylko imprezami człowiek żył.

Zarywanie nocy udaną balangą przeplatałam z zarywaniem nocy z miłości 🙂

Tracenie głowy dla chłopaków było chyba jeszcze przyjemniejsze niż imprezy, nawet te w najlepszym klubie, nawet te z podwózką, darmowym drinkiem lub kilkoma… i z tańcami na parkiecie do rana. Nic się nie mogło równać przyjemności jaką dawały podboje i uciechy cielesne w tamtych czasach. Młode, jędrne ciałka z wyrzeźbionymi mięśniami i aksamitną, delikatną skórą ma się tylko raz. Tylko raz się rozwala kajdanki zanim się na cokolwiek przydadzą, budząc przy tym sąsiadów z całego bloku, i tylko raz się podpala zasłony przez przypadek zajęte od cudownie pachnących świec do masażu, i tylko raz się zarywa wannę wpakowując do niej na raz trzy osoby… no dobra, już, już, jak mówiłam, to było dla wspomnień na całe życie.

Po krótkich one-night standach, porannych „jak on miał na imię?” i „czy Twój przyjaciel rozumie po polsku?”, nadszedł czas zarywania nocy na gry.

Tak gry, to kolejny etap. Strzelanki, RPG, worldcrafty i moje ulubione do dzisiaj, strategiczne gierki z rozgrywkami po 1,5 roku jak np. Plemiona. Co się dziwić, dobór towarzyszy życia na dłużej niż krócej, który w sumie nie był doborem – tacy mi się trafiali, zupełnie przypadkiem, zapoczątkował moją fascynację światem graczy. Przedstawię ich alfabetycznie, albo może lepiej chronologicznie, choć w zasadzie to nieistotne, bo nie mam czasu na układanie, który był pierwszy i kiedy się pojawił na osi czasu, ale było ich na pewno 3, a przyczynili się mocno do mojego zarywania nocy.

Pierwszy był administratorem baz danych serwerowni dla jednej z największych firm obsługujących platformy z grami, drugi był testerem oprogramowań, a także kreatorem środowisk dla światów gier RPG, trzeci był programistą, który potrafił nadać wirtualnym postaciom ludzkich cech do tego stopnia, że gadająca pod wodą Lara Croft z Tomb Rider była do złudzenia podobna do Angeliny w 3D, obracalna tak, że fikołki z bąbelkami robiła na pięć z plusem – a JA? – ja wtedy byłam pierwszym testerem jego postaci! (Zanim jeszcze cały świat mógł się nimi pobawić, byłam testerem ich broni, szybkości, zwinności, nie pamiętam jak to się nazywało technicznie, ale takiego niezacinania się pixeli podczas biegania i walki.)

Z każdym z nich przeżyłam super wakacje, przynajmniej 3 tygodnie mokrego $3xU z wychodzeniem z łóżka tylko na jedzenie, picie i do łazienki, ale co najważniejsze, stałam się niepokonanym ekspertem od danego levelu czy świata w jednej z gier, które ich wówczas fascynowały, przy okazji rozwijając swoją wyobraźnię i poznając jej możliwości.

Akurat to był też etap (a przynajmniej jego część), kiedy zakochiwałam się w każdym tenisiście, dokładniej w każdym chłopaku, z którym grałam w tenisa. Kocham ten sport i kochałam tych, którzy ze mną grali. Ich imiona akurat pamiętam dokładnie, w kolejności zarówno chronologicznej, jak i nawet segregując po sile forhandu, wysokości poderwania stopy przy serwisie lub rotacji przy woleju, czy nawet długości okrzyku podczas smeczu!

I to nie dlatego, że byli wyjątkowi, ale dlatego, że jest to tak bardzo wyzwalający sport, że czujesz czyste endorfiny pływające we krwi, a po dobrym sparingu czy udanym debelku, te endorfinki krążą znacznie szybciej. Wtedy osoba, na którą trafiają, emanuje dodatkowo zniewalającym potem z feromonami płci przeciwnej… no nie miałam prawa reagować inaczej, siła wyższa.

Wyobraźcie sobie, że raz tak mnie wzięło, że mimo, że zupełnie nie interesowałam się piłką nożną (a On był fanem i tenisa, i football’u) to nauczyłam się na pamięć nazwisk każdego członka reprezentacji jego ulubionej drużyny piłkarskiej, oraz drużyn przeciwnych grających z jego ulubioną drużyną (aby ich móc wybuczać po imieniu typu: buuuu, słaby jeleń Ronaldinio itp). Znałam piłkarzy z imienia, nazwiska, przezwiska, ilości bramek w sezonie, życiówek i innych bzdetów. No, pokochałam go, mocno, ale krótko.

Boshe… (dajcie mi jeszcze chwila na wspomnienia, obrazy są żywe jak wczoraj, więc muszę…), był cudowny, do tej pory mam przed oczami widok tego zniewalającego gestu, jak z uśmiechem zarzucał przydługą grzywką, chcąc odsłonić oczy, albo jak zakładał włosy za uszy gdy mu za bardzo przeszkadzały, a akurat nie miał ochoty ich związać w kucyk i wtedy dostrzegał, że się gapię, chciałam tylko chłonąć ten moment, chwilę jego zmiennej mimiki, i wtedy to raczył mnie tym swoim zawadiacko wyzywającym uśmiechem.

To był mistrz, mój mistrz, mistrz gry w tenisa, mistrz gry w sypialni, mistrz w siedzeniu na ławce w parku z podkurczoną jedną noga, dłubaniu w sznurówkach tenisówki i opowiadaniu mi, dlaczego nie skończy jak jego ojciec i dlaczego osiągnie coś, bo ma plan. Jego ojciec wcale źle nie skończył, wręcz przeciwnie, spali na kasie jak na tamte czasy, ale że akurat taką tatuś miał przypadłość, że zdradzał matkę całkiem jawnie, to u K. był bezpowrotnie skreślony.

K. spełnił swoje obietnice i wyrwał się zaraz po studiach, a może nawet w ich trakcie? i wyjechał. Daleko wyjechał i już nie wrócił. NiuJork pochłonął ambitnego, zdolnego, atrakcyjnego. Kochałam jak brata, choć do dziś zazdroszczę kobietom, które przewinęły się po mnie w jego pościeli.

Właściwie, jak tak sięgam pamięcią do późnych czasów lat studenckich, to poza trzema śmiertelnymi wypadkami, to był najczęstszy sposób tracenia kontaktów z ludźmi, z którymi mam najwspanialsze wspomnienia z tamtych czasów – wyjeżdżali za granicę i już nigdy nie powracali do mało perspektywicznej Polski.

Wracając do mojej historii, po studiach miałam etap zupełnie odwrotny, czyli etap niezarywania nocy, stabilny związek, stabilna, pierwsza, nudna do porzygu praca, za grosze oczywiście, kolorowo wcale nie było – dalej dorabiałam na korepetycjach dla gimnazjalistów, ręcznie robionej biżuterii i „a może chcesz coś z Avonu?”

Naprawdę nie wiem jak my wiązaliśmy koniec z końcem, ale dobrze pamiętam jak mnie koledzy z pierwszej pracy wyszkolili jak wynosić herbatę i kawę z kuchni, by szef nie zauważył, jak podbierać wodę mineralną i mleko z biura, by nikt się nie doliczył faktycznego zużycia, a skończyło się nawet na tym, że papier toaletowy przynosiliśmy do domu – to był dopiero łup! Taki rumiankowy, pachnący, BIAŁY z wytłoczeniami 3D dla większej miękkości dupki, w sklepie chodził po 1,40zł za rolkę, a pracując na stażu – gratis! To był 2011…

To był jednak dobry etap… ech, te wspomnienia młodzieńczych wybryków, beztroski i dosłownie braku konsekwencji. Łezka w oku się kręci nie jedna.

Kolejny etap zarywania nocy przyszedł po pierwszym awansie, po podwyżce, wejściu w nowe towarzystwo, zarówno starsze wiekiem jak i doświadczeniem, oraz bardziej takie poważne, imponujące – mi przynajmniej wtedy bardzo.

Spędzanie wtedy z nimi czasu w godzinach wczesno porannych, było dziwnie ekscytujące, balansujące gdzieś między pracą a imprezą, między absurdem a poczuciem przynależności. Pamiętam, jak cieszyłam się tą czystą mieszanką zmęczenia, adrenaliny i niemal orgazmicznej satysfakcji z bycia częścią tej pokręconej, reklamowej jazdy bez trzymanki. Czy to na tworzeniu 99-tego slajdu do prezentacji na przetarg dla nowego projektu, czy przy piwku i pizzy dowiezionej posłańcem lub innym z ekipy wybrańcem (jeszcze nie były to czasy glovo, pyszne.pl i uberka), czy to na środowo-czwartkowych mediówkach – czarne okulary obowiązkowo w ramach dress codu na next morning, nawet w najbardziej pochmurny, zimowy dzień, i bynajmniej nie dla ochrony zmęczonych najpierw całodniowym gapieniem się w ekran monitora oczu i również nie dla ochrony tychże oczu potem przed całonocną jebaniną barowo-klubowych świateł, ale z bardzo prostego powodu – ukrycia kaca następnego dnia w pracy i ewentualnych śladów na szyi przed szefem, po tym nocnym s.e.xie z kolegą z konkurencji, bo przecież wszyscy i tak już o tym wiedzieli.

Na szczęście zazwyczaj szefowie byli bardzo wyrozumiali, bo sami starali się ten dzień „po” jakoś przetrwać, ale lepiej się było nie pokazywać z twarzą zombie, zwłaszcza, że zawsze trafiła się jedna lub dwie cnotki niewypijki, co potem rzucały, całe bite kurna 8 godzin, z przerwą na ploteczki w toalecie i papierosa, współczująco-pogardliwe spojrzenia w stronę najlepiej bawiących się poprzedniego wieczoru gentelmenów i dam. Jak mówiłam, lepiej się było zasłaniać, więc czarnych okularów w tamtym czasie miałam par kilka, zawsze chętnie pożyczałam, zdobywając dozgonną wdzięczność potrzebujących.

Ten etap jakoś tak szybko minął i po nim powinien w normalnym układzie nadejść etap zarywania nocy z powodu ryczącego bobasa, wiecie, klimatu kręgu życia z króla lwa, powiększania rodziny, czas pieluch, karmienia, czekania w kolejkach do lekarza. Może też i czas retorycznych pytań „co ja w nim widziałam 2 lata temu?”, a może to jeszcze nie wtedy, nie wiem, mnie ominęło.

Z uwagi na brak potomstwa czy to z wpadki, czy z zaskoczenia, niby-planowania, albo serio-planowania, lub bo czuję-instynkt-macierzyński, albo bo mój-bobuś-mnie-tak-kocha-że-się-zgodził-zapłodnić-mimo-że-nas-nie-stać-na-bahora, ale przecież Państwo-800plus-da.

– NIE, żadne z powyższych.

Zatem musiałam znaleźć sobie terapię zastępczą, aby móc dalej zarywać noce, więc postanowiłam założyć firmę – też własne, też zrodzone w bólach fizycznych i finansowych debetach na start, ale własne, nie zarzucą Ci, że ze skoku w bok, czy, że niepodobne takie z oczu do Ciebie.

Pracując wciąż na dorobku na etacie, noce z pasją zarywałam więc rozkręcając swój interes po godzinach. Szczerze mówiąc z czasem to etat był po godzinach, bo noc nie była wcale zarwana, ale całkiem nieprzespana.

Konia z Babą temu, kto wymyślił RedBulle, GreenUpy, Blacki, Burny, Tigery, Monstery i inne Predatory!

To naprawdę ratowało życie tyle razy, że o wątrobie własnej wyrażam się już i myślę czule, a od jakiegoś czasu nie tylko z miłością, ale i szacunkiem oraz podziwem niebywałym, że to obie przetrwałyśmy.

Po tych początkach dochodzimy do etapu zarywania nocy na pogaduszkach z klientami o 3 nad ranem, z klientami również rozkręcającymi swoje biznesy, z początkami również raczkującej nerwicy i bezsenności na tle odstresowych zaburzeń psychosomatycznych.

Ale kto by się tam przejmował pierwszymi oznakami wypalenia, podczas gdy dolary sypały się jak szalone, nie wiadomo było w co inwestować, na co wydawać i nikt w sumie nie pamiętał czy z księgowym to się spało z przypadku, zapomnienia, chwilowej słabości, czy z radości i wdzięczności (chyba tak), ponieważ kolejny miesiąc nas sprytnie chronił przed oddawaniem rządowi każdej ciężko wypracowanej złotówki, tego niby-należnego podatku.

Po tym, jak już się osiągnęło wyżyny w ramach pracy i u siebie, i dla kogoś, i tak po części u siebie, po części dla kogoś, bo mixy szły w różne strony, wtedy przyszedł wreszcie czas na zastanowienie się, co dalej?

Wtedy to nadszedł etap zarywania nocy na samokształcenie się – książki, szkolenia, webinary, konferencje, lokalne, wyjazdowe, on-linowe, polskie, angielskie, zagraniczne, a co tam, francuskiego też się da przecież szybko nauczyć.

Poza poszerzaniem horyzontów nic się nie liczyło. Jednak upływu czasu nie oszukasz, trzeba było się przestawić na zdrowszą dietkę, odstawić alko już praktycznie w całości, trochę poćwiczyć, pomedytować, zażywać regularnie relaksu w saunie, na masażyk tajski się udać raz w miesiącu dla mięśni podeptania.

Całkiem poważnie mówiąc, zaczął się czas odsypiania zarwanych nocy, np. w weekendy i w dni wolne od obowiązków, jak np. święta czy podczas urlopu.

Aż tu nagle, zwrot akcji, na który oczywiście wszyscy czekali i siedzę sobie właśnie, około 4 nad ranem, ptaki zaczynają śpiewać, po niebie nie poznasz czy to jeszcze zmierzchowy półmrok czy już bardzo wczesny szary poranek, tuż przed wschodem słońca.

Rozpoczął się właśnie etap zarywania nocy na pisanie… 🙂