Najtańszy bezfirmowiec, papier z wytłoczeniami 3D i nierozwikłane do dzisiaj noce spędzone z księgowym – czyli historia krótka o tym, jak to się wszystko zaczęło…
W życiu Agnieszki było wiele różnych etapów. Każdy z nich miał jednak wspólny motyw przewodni. Od urodzenia była w pewien sposób uzależniona od zarywania nocy. Jedni nazwaliby to ADHD, inni bezsennością, ale jej po prostu ciągle było mało wrażeń, doświadczania i poznawania, a koncepcja marnowania nocy na sen? – zupełnie do niej nie przemawiała. Kiedyś usłyszała hasło „wyśpimy się po śmierci” i uznała, że mogłaby się pod nim podpisać obiema rękami.
Chcąc Wam przybliżyć postać autorki, motywy i tło jej powieści musimy zacząć od początku:
W okresie niemowlęcym zarywała noce przez kolki, bóle brzucha i wszelkie niewygody, jakie tylko można sobie wyobrazić. Szczególnie przez niewygodę mokrych pieluch i brak pełnego zrozumienia ze strony dorosłego otoczenia.
W podstawówce zarywała noce na zabawy w rzucanie się skarpetkami z bratem. Dopytując, by móc Wam zdradzić więcej szczegółów dowiedzieliśmy się, że wyglądało to mniej więcej tak:
– skarpetki były zwinięte w kulki, my na dwóch łóżkach pod ścianą po przeciwnymi stronach pokoju. Jak się po ciemku za mocno przywaliło w twarz, to czasem nawet bolało, ale radocha była nie do opisania. Oczywiście dla nas, bo nie dla rodziców, akurat dla nich to było utrapienie w niemożności położenia nas w końcu spać.
W gimnazjum zarywała noce na nauce, no bo klasówki, sprawdziany trzeba zaliczyć, egzaminy zdać, wygrać konkursy recytatorskie, fotograficzne, matematyczne i wszelkie inne możliwe zwyciężyć, a przynajmniej zdobyć dyplom finalisty i jakiś kalkulator czy zapas rolek kliszy do aparatu na rok. Kodak Gold za 1 miejsce, Fuji Color za 2, a za trzecie zawsze był jakiś tam chiński badziew, najtańszy bezfirmowiec, no ale podium było, więc babcia z wnusi dumna. Na koniec gimnazjum oczywiście zarywanie nocy było w jednym tylko celu – by nie narobić wstydu rodzicom i dostać się do dobrego liceum.
W liceum… no w liceum to w się sumie dopiero zaczęło prawdziwe życie. Oczywiście dalej zarywała noce na nauce, ale dodatkowo pojawił się nowy powód do niespania, a mianowicie bywanie i błyszczenie na imprezach: urodziny, osiemnastki, sylwestry, andrzejki, kluby, domówki, majówki, czerwcówki a nawet pierwsze parapetówki. Oblewanie zdanych prawek jazdy, kolejne wyjazdy, a to pod namiot, a to na mazurki, na łódki, wypady na ogniska w lesie, nocowanie po przyjaciółkach i ogólnie fun.
Na studiach… dalej zarywała noce na nauce i również kontynuowała zarywanie nocy na poczet dobrych wspomnień, lub już wtedy również czasem ich braku, po zbyt dużej dawce napojów wyskokowych.
Imprezy w klubach, barach, pubach, w akademikach, na przystankach autobusowych, szczególnie w zimie gdy wywiezieni na ostatni przystanek, a raczej pętlę postojową, bez kursu powrotnego sterczeli ekipą na bezludziu aż do 5:35.
Studia trwały długo, w przypadku Agnieszki ciężko określi dokładnie, bo różne źródła różnie podają, ale w przybliżeniu chyba łącznie z 7 lat? W sumie 3 kierunki zaczęła, 2 skończyła, jeden dyplom obroniła. Twierdzi, że było warto, i wcale nie dla zarwanych nocy, ale dla wspomnień na całe życie. Podczas tych siedmiu lat
– nie tylko imprezami człowiek żył. Zarywanie nocy udaną balangą przeplatałam z zarywaniem nocy z miłości 🙂
Tracenie głowy dla chłopaków było chyba jeszcze przyjemniejsze niż imprezy, nawet te w najlepszym klubie, nawet te z podwózką, darmowym drinkiem lub kilkoma… i z tańcami na parkiecie do rana. Nic się nie mogło równać przyjemności jaką dawały podboje i uciechy cielesne w tamtych czasach. Młode, jędrne ciałka z wyrzeźbionymi mięśniami i aksamitną, delikatną skórą ma się tylko raz. Tylko raz się rozwala kajdanki zanim się na cokolwiek przydadzą, budząc przy tym sąsiadów z całego bloku, i tylko raz się podpala zasłony przez przypadek zajęte od cudownie pachnących świec do masażu, i tylko raz się zarywa wannę wpakowując do niej na raz trzy osoby… no dobra, już, już, jak mówiliśmy przygód było sporo, może kiedyś zdradzimy więcej, bo słuchaliśmy z wypiekami na twarzy, ale warto podkreślić, że
– to było dla wspomnień na całe życie 🙂
Po krótkich one-night standach, porannych „jak on miał na imię?” i „czy Twój przyjaciel rozumie po polsku?”, nadszedł czas zarywania nocy na gry.
Tak gry, to kolejny etap życia naszej autorki. Strzelanki, RPG, worldcrafty i ulubione do dzisiaj, strategiczne gierki z rozgrywkami po 1,5 roku jak np. Plemiona. Co się dziwić, dobór towarzyszy życia na dłużej niż krócej, który w sumie nie był doborem – tacy się trafiali, zupełnie przypadkiem, zapoczątkował fascynację światem graczy. Przedstawimy ich alfabetycznie, albo może lepiej chronologicznie, choć w zasadzie to nieistotne, bo nie mieliśmy czasu na układanie, który był pierwszy i kiedy się pojawił na osi czasu, ale było ich na pewno 3, a przyczynili się mocno do kolejnego etapu zarywania nocy.
Pierwszy był administratorem baz danych serwerowni dla jednej z największych firm obsługujących platformy z grami, drugi był testerem oprogramowań, a także kreatorem środowisk dla światów gier RPG, trzeci był programistą, który potrafił nadać wirtualnym postaciom ludzkich cech do tego stopnia, że gadająca pod wodą Lara Croft z Tomb Rider była do złudzenia podobna do Angeliny w 3D, obracalna tak, że fikołki z bąbelkami robiła na pięć z plusem – a Agnieszka? – ona wtedy była pierwszym testerem tych postaci! (Zanim jeszcze cały świat mógł się nimi pobawić, była testerem ich broni, szybkości, zwinności, nie pamiętamy jak to się nazywało technicznie, ale takiego niezacinania się pixeli podczas biegania i walki.)
Z każdym z nich przeżyła super wakacje, przynajmniej 3 tygodnie mokrego $3xU z wychodzeniem z łóżka tylko na jedzenie, picie i do łazienki, ale co najważniejsze, stała się niepokonanym ekspertem od danego levelu czy świata w jednej z gier, które ich wówczas fascynowały, przy okazji rozwijając swoją wyobraźnię i poznając jej możliwości.
Akurat to był też etap (a przynajmniej jego część), kiedy zakochiwała się w każdym tenisiście, dokładniej w każdym chłopaku, z którym grała w tenisa. Kochałą ten sport i kochała tych, którzy ze nią grali. Ich imiona akurat pamiętamy dokładnie, w kolejności zarówno chronologicznej, jak i nawet segregując po sile forhandu, wysokości poderwania stopy przy serwisie lub rotacji przy woleju, czy nawet długości okrzyku podczas smeczu!
I to nie dlatego, że byli wyjątkowi, ale dlatego, że jest to tak bardzo wyzwalający sport, że czuliśmy nawet podczas opowieści te czyste endorfiny pływające we krwi – wiadomo, że po dobrym sparingu czy udanym debelku, te endorfinki krążą znacznie szybciej. Wtedy osoba, na którą trafiają, emanuje dodatkowo zniewalającym potem z feromonami płci przeciwnej… no nie miała ani szans, ani prawa reagować inaczej – to była tzw. siła wyższa.
Wyobraźcie sobie, że raz tak ją wzięło, że mimo, że zupełnie nie interesowała się piłką nożną (a On był fanem i tenisa, i football’u) to nauczyła się na pamięć nazwisk każdego członka reprezentacji jego ulubionej drużyny piłkarskiej, oraz drużyn przeciwnych grających z jego ulubioną drużyną (aby ich móc wybuczać po imieniu typu: buuuu, słaby jeleń Ronaldinio itp). Znała piłkarzy z imienia, nazwiska, przezwiska, ilości bramek w sezonie, życiówek i innych bzdetów. No, pokochała go, mocno, ale krótko.
– Boshe… dajcie mi jeszcze chwilę na wspomnienia, obrazy są żywe jak wczoraj, więc muszę… dwa oddechy i kontynuujemy 🙂 <szybkie wachlowanie twarzy obiema rękoma>
On był cudowny, do tej pory ma przed oczami widok tego zniewalającego gestu, jak z uśmiechem zarzucał przydługą grzywką, chcąc odsłonić oczy, albo jak zakładał włosy za uszy gdy mu za bardzo przeszkadzały, a akurat nie miał ochoty ich związać w kucyk i wtedy dostrzegał kątem oka, że się gapi, a chciała tylko chłonąć ten moment, chwilę jego zmiennej mimiki, i wtedy to raczył ją tym swoim zawadiacko wyzywającym uśmiechem.
To był jej mistrz, mistrz we wszystkim nowym, mistrz gry w tenisa, mistrz gry w sypialni, mistrz w siedzeniu na ławce w parku z podkurczoną jedną noga, dłubaniu w sznurówkach tenisówki i opowiadaniu, dlaczego nie skończy jak jego ojciec i dlaczego osiągnie coś, bo ma plan. Jego ojciec wcale źle nie skończył, wręcz przeciwnie, spali na kasie jak na tamte czasy, ale że akurat taką tatuś miał przypadłość, że zdradzał matkę całkiem jawnie, to u K. był bezpowrotnie skreślony.
K. spełnił swoje obietnice i wyrwał się zaraz po studiach, a może nawet w ich trakcie? i wyjechał. Daleko wyjechał i już nie wrócił. Portugalski przybytek pochłonął ambitnego, zdolnego, atrakcyjnego. Kochała go jednak bardziej jak przyjaciela lub brata, choć do dziś mówi, że zazdrości kobietom, które przewinęły się po niej w jego pościeli.
Właściwie, jak tak sięgała pamięcią do późnych czasów lat studenckich, to poza trzema śmiertelnymi wypadkami, to był najczęstszy sposób tracenia kontaktów z ludźmi, z którymi budowała najwspanialsze wspomnienia z tamtych czasów – wyjeżdżali za granicę i już nigdy nie powracali do mało perspektywicznej Polski.
Wracając do historii etapów życia autorki, po studiach miała etap zupełnie odwrotny, czyli etap niezarywania nocy. Stabilny związek, stabilna, pierwsza, nudna do pożygu praca, za grosze oczywiście, kolorowo wcale nie było – dalej dorabiała na korepetycjach dla gimnazjalistów, ręcznie robionej biżuterii i „a może chcesz coś z Avonu?”
– Naprawdę nie wiem jak my wiązaliśmy koniec z końcem, ale dobrze pamiętam jak mnie koledzy z pierwszej pracy wyszkolili jak wynosić herbatę i kawę z kuchni, by szef nie zauważył, jak podbierać wodę mineralną i mleko z biura, by nikt się nie doliczył faktycznego zużycia, a skończyło się nawet na tym, że papier toaletowy przynosiliśmy do domu – to był dopiero łup! Taki rumiankowy, pachnący, BIAŁY z wytłoczeniami 3D dla większej miękkości dupki, w sklepie chodził po 1,40zł za rolkę, a pracując na stażu – gratis! To był 2011…
To był jednak dobry etap… tak tak u nas też… ech, te wspomnienia młodzieńczych wybryków, beztroski i dosłownie braku konsekwencji. Łezka w oku się kręci nie jedna.
Kolejny etap zarywania nocy przyszedł po pierwszym awansie, po podwyżce, wejściu w nowe towarzystwo, zarówno starsze wiekiem jak i doświadczeniem, oraz bardziej takie poważne,
– raczej imponujące – mi przynajmniej wtedy bardzo.
Spędzanie wtedy z nimi czasu w godzinach wczesno porannych, było dziwnie ekscytujące, balansujące gdzieś między pracą a imprezą, między absurdem a poczuciem przynależności. Pamięta, jak cieszyła się tą czystą mieszanką zmęczenia, adrenaliny i niemal orgazmicznej satysfakcji z bycia częścią tej pokręconej, reklamowej jazdy bez trzymanki. Czy to na tworzeniu 99-tego slajdu do prezentacji na przetarg dla nowego projektu, czy przy piwku i pizzy dowiezionej posłańcem lub innym z ekipy wybrańcem (jeszcze nie były to czasy glovo, pyszne.pl i uberka), czy to na środowo-czwartkowych mediówkach – czarne okulary obowiązkowo w ramach dress codu na next morning, nawet w najbardziej pochmurny, zimowy dzień, i bynajmniej nie dla ochrony zmęczonych najpierw całodniowym gapieniem się w ekran monitora oczu i również nie dla ochrony tychże oczu potem przed całonocną jebaniną barowo-klubowych świateł, ale z bardzo prostego powodu – ukrycia kaca następnego dnia w pracy i ewentualnych śladów na szyi przed szefem, po dzikim s.e.xie z kolegą z konkurencji, bo przecież wszyscy i tak już o tym wiedzieli.
Na szczęście zazwyczaj szefowie byli bardzo wyrozumiali, bo sami starali się ten dzień „po” jakoś przetrwać, ale lepiej się było nie pokazywać z twarzą zombie, zwłaszcza, że zawsze trafiła się jedna lub dwie cnotki niewypijki, co potem rzucały, całe bite kurna 8 godzin, z przerwą na ploteczki w toalecie i papierosa, współczująco-pogardliwe spojrzenia w stronę najlepiej bawiących się poprzedniego wieczoru.
– Jak mówiłam, lepiej się było zasłaniać 🙂
więc czarnych okularów w tamtym czasie miała par kilka, zawsze chętnie pożyczała, zdobywając dozgonną wdzięczność potrzebujących.
Ten etap jakoś tak szybko minął i po nim powinien w normalnym układzie nadejść etap zarywania nocy z powodu ryczącego bobasa, wiecie, klimatu kręgu życia z króla lwa, powiększania rodziny, czas pieluch, karmienia, czekania w kolejkach do lekarza. Może też i czas retorycznych pytań „co ja w nim widziałam 2 lata temu?”, a może to jeszcze nie wtedy?
– nie wiem, nie przypominam sobie, mnie ominęło.
Z uwagi na brak potomstwa czy to z wpadki, czy z zaskoczenia, niby-planowania, albo serio-planowania, lub bo czuję-instynkt-macierzyński, albo bo mój-bobuś-mnie-tak-kocha-że-się-zgodził-zapłodnić-mimo-że-nas-nie-stać-na-bahora, ale przecież Państwo-800plus-da.
– NIE! żadne z powyższych.
Zatem musiała znaleźć sobie terapię zastępczą, aby móc dalej zarywać noce, więc postanowiła założyć firmę – też własne, też zrodzone w bólach fizycznych i finansowych debetach na start, ale własne, nie zarzucą Ci, że ze skoku w bok, czy, że niepodobne takie z oczu do Ciebie.
Pracując wciąż na dorobku na etacie, noce z pasją zarywała więc rozkręcając swój interes po godzinach. Szczerze mówiąc z czasem to etat był po godzinach, bo noc nie była wcale zarwana, ale całkiem nieprzespana.
Konia z Babą temu, kto wymyślił RedBulle, GreenUpy, Blacki, Burny, Tigery, Monstery i inne Predatory!
To naprawdę ratowało życie tyle razy, że o wątrobie własnej wyraża się już i myśli bardzo czule, a od jakiegoś czasu nie tylko z miłością, ale i szacunkiem oraz podziwem niebywałym, że to obie przetrwały.
Po tych początkach dochodzimy do etapu zarywania nocy na pogaduszkach z klientami o 3 nad ranem, z klientami również rozkręcającymi swoje biznesy, z początkami również raczkującej nerwicy i bezsenności na tle odstresowych zaburzeń psychosomatycznych.
Ale kto by się tam przejmował pierwszymi oznakami wypalenia, podczas gdy dolary sypały się jak szalone, nie wiadomo było w co inwestować, na co wydawać i nikt w sumie nie pamiętał czy z księgowym to się spało z przypadku, zapomnienia, chwilowej słabości, czy z radości i wdzięczności
– oj, chyba tak… 🙂
ponieważ kolejny miesiąc sprytnie chronił nas przed oddawaniem rządowi każdej ciężko wypracowanej złotówki, tego niby-należnego podatku.
Po tym, jak już osiągnęła wyżyny w ramach pracy i u siebie, i dla kogoś, i tak po części u siebie, po części dla kogoś, bo mixy szły w różne strony, wtedy przyszedł wreszcie czas na zastanowienie się, co dalej?
– i ja stoję przed lustrem, prostuję te włosy na kolejną konferencję i się pytam siebie – co dalej?
Wtedy to nadszedł etap zarywania nocy na samokształcenie się – książki motywacyjne, szkolenia, webinary, konferencje, lokalne, wyjazdowe, on-linowe, polskie, angielskie, zagraniczne, a co tam, francuskiego też się da przecież szybko nauczyć.
– Poza poszerzaniem horyzontów naprawdę wtedy to nic się nie liczyło.
Jednak upływu czasu nie oszukasz, trzeba było się przestawić na zdrowszą dietkę, odstawić alko już praktycznie w całości, trochę poćwiczyć, pomedytować, zażywać regularnie relaksu w saunie, na masażyk tajski się udać raz w miesiącu dla mięśni podeptania.
Całkiem poważnie mówiąc, zaczął się czas odsypiania zarwanych nocy, np. w weekendy i w dni wolne od obowiązków, jak np. święta czy podczas urlopu.
Aż tu nagle, zwrot akcji, na który oczywiście wszyscy czekali:
– i tak właśnie siedzę sobie właśnie, około 4 nad ranem, ptaki zaczynają śpiewać, po niebie nie poznasz czy to jeszcze zmierzchowy półmrok czy już bardzo wczesny szary poranek, tuż przed wschodem słońca.
Rozpoczął się etap zarywania nocy na pisanie… 🙂